Menu



error This forum is not active, and new posts may not be made in it.
Barbara K.

640
48202 Posts
48202
Invite Me as a Friend
Top 25 Poster
RE: Bajki dla dzieci ... poczytaj mi mamo
5/29/2013 8:59:24 PM

Księżniczka na ziarnku grochu

- Hans Christian Andersen

Na podst. tłumaczenia F. Mirandoli

Był raz sobie pewien książę, który chciał pojąć za żonę PRAWDZIWĄ księżniczkę. Jeździł po całym świecie i szukał tej jedynej, ale zawsze coś stawało mu na przeszkodzie. Nie brakowało co prawda księżniczek, ale młodzieniec patrząc na wszystkie te piękne panny, nie mógł pozbyć się wrażenia, że nie są one stuprocentowymi księżniczkami. Nie znalazłszy tej, której szukał, wrócił do ojcowskiego zamku smutny i zniechęcony. Aż pewnego wieczora rozszalała się burza. Błyskało się i grzmiało, a deszcz lał się strumieniami. Nagle ktoś zastukał do bram miasta. Gdy je otworzono, oczom zdumionych mieszkańców ukazała się młoda dziewczyna. Jak ona wyglądała! Woda ściekała z jej włosów i sukni, lała się do trzewików i wytryskiwała z ich końców w górę. Nie był to jednak koniec niespodzianek na ten wieczór – nieznajoma oświadczyła, że jest tą jedyną prawdziwą, poszukiwaną księżniczką! – Ano, przekonamy się zaraz – pomyślała królowa-matka, ale głośno nie rzekła nic. Poszła razem ze służkami, które przygotowywały sypialnię dla niespodziewanego gościa, zdjęła z łóżka całą pościel i położyła na deskach jedno małe ziarenko grochu. Potem przykryła je dwudziestoma materacami i jeszcze ułożyła na nich dwanaście puchowych pierzyn, jedną na drugiej. Łóżko dla księżniczki było gotowe. Rano królowa spytała ją, czy dobrze spała. – O, niestety nie! – odparła księżniczka – Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Leżałam na czymś strasznie twardym, aż mam całe ciało posiniaczone i obolałe. Po tym poznano, że to rzeczywiście jest PRAWDZIWA księżniczka. Bo tylko prawdziwa księżniczka mogła poczuć ziarenko grochu przez dwadzieścia materacy i dwanaście puchowych pierzyn! Uszczęśliwiony książę wziął ją za żonę, a ziarnko grochu umieszczono w państwowym muzeum osobliwości i pewnie jest ono tam dziś (o ile gdzieś nie przepadło). Taka to jest prawdziwa historia o prawdziwej księżniczce.


+0
Barbara K.

640
48202 Posts
48202
Invite Me as a Friend
Top 25 Poster
RE: Bajki dla dzieci ... poczytaj mi mamo
5/31/2013 9:26:17 PM

PINOKIO

Dawno temu żył sobie stolarz Dżepeto. Kochał swoja pracę, lecz był bardzo samotny. Pewnego dnia Dżepeto znalazł duży kawałek lipowego drewna. „Będzie z niego piękny pajac” pomyślał i zabrał sie do roboty. Po godzinie z duma popatrzył na swoje dzieło: Gdybyś był prawdziwym chłopcem , dałbym ci na imię Pinokio. Usłyszała to Błękitna Wróżka i postanowiła wynagrodzić mu lata samotności. Tchnęła życie w drewniane serce pajaca i Pinokio ożył. Dżepeto nie posiadał się ze szczęścia. Zrobił pajacykowi ubranie i kupił mu elementarz, by jak prawdziwy chłopiec mógł iść do szkoły. – Będę najlepszym uczniem , tato! – zawołał Pinokio i pobiegł.

Nagle tłum zagrodził mu drogę. Zabrzmiała wesoła muzyka.
- Oto wielki Giovanni i jego teatr lalek! Kupujcie bilety! „Muszę to zobaczyć” pomyślał Pinokio. Pobiegł na rynek , sprzedał elementarz i kupił bilet.
Teatr tak go zachwycił , że zaczął tańczyć z marionetkami.
- Psujesz przedstawienie!- rozzłościł się Giovanni -Spalę cię za to w piecu, łobuzie! Jednak gdy Pinokio opowiedział dyrektorowi o tacie , który by za nim bardzo tęsknił, Giovanniemu żal się zrobiło starego stolarza. -Idź – powiedział – Napalę w piecu inną drewnianą lalką. – Nie!- krzyknął pajacyk- To już lepiej spal mnie! Odwaga Pinokia spodobała się Givanniemu. Dał mu w nagrodę garść złotych monet i obiecał, że nie spali żadnej marionetki. Wtedy Pinokio przypomniał sobie o szkole. Gdy szedł kupić nowy elementarz , spotkał kota i lisa. Nowi znajomi poradzili pajacykowi , aby zakopał monety i poczekał , aż wyrośnie z nich drzewo pieniędzy. Naiwny Pinokio zasadził monety i… zasnął. Kot i lis tylko na to czekali. Zabrali pieniądze, biednego pajaca przywiązali do drzewa i juz ich nie było.

- Pomocy! Ratunku! – wołał rozpaczliwie Pinokio. Usłyszała to Błękitna Wróżka. Uwolniła go i spytała, co się stało. Pajacykowi było wstyd, że dał się oszukać ,więc postanowił nie powiedzieć wróżce prawdy. Lecz im bardziej kłamał, tym jego nos robił się dłuższy…
- Kłamiesz , mój mały, kłamiesz! Widzę to po twoim nosie. Pinokio zawstydził się jeszcze bardziej, wiec wróżka skinęła różdżką i nos pajacyka przybrał normalny rozmiar.
-Wracaj do taty i bądź grzeczny- rzekła Błękitna Wróżka.
-Obiecuję – szepnął Pinokio i pobiegł do domu. Dżepeto bardzo przejął się opowieścią ukochanego pajacyka. Sprzedał więc swój ostatni płaszcz i kupił nowy elementarz. Następnego dnia znów wyprawił synka do szkoły. Nauka szybko znudziła Pinokia, za to na przerwach bawił się świetnie.
- Lubisz rozrywki, to jedź z nami do Krainy Zabawek- zaproponował Karol, największy leń w szkole – Tam nie ma lekcji !! Pinokio nie zastanawiał się długo. Wsiadł do powozu pełnego chłopców i pojechał. Ach, cóż to było za miejsce! Wszędzie zabawki, cukierki i lody! Lecz co to? Wszystkim leniwym chłopcom wyrosły ośle uszy! Pinokio przestraszył się nie na żarty i uciekł.

Pinokio w domu nie zastał nikog. – Tata wyruszył cie szukać – usłyszał głos Błękitnej Wróżki. Pełen skruchy pajacyk postanowił odnaleźć Dżepeta. Znalazł starą łódkę i wypłynął w morze. Nagle przed Pinokiem otworzyła sie ogromna paszcza i wieloryb połknął pajacyka. – Hop hop , jest tu kto? – zawołał Pinokio w brzuchu potwora i niespodziewanie usłyszał odpowiedź. To był Dżepeto! Ojciec i syn nie mieli jednak czasu , żeby się sobą nacieszyć- musieli jak najszybciej sie uwolnic. – Rozpalmy ogień! Wieloryb poczuje dym, kichnie i nas wypluje.Tak też zrobili. Wieloryb kichnął tak mocno, że rozbitkowie znaleźli się aż na plaży. Tam czekała na nich Błękitna Wróżka. – Za odwagę i dobre serce stań sie prawdziwym chłopcem- wyszeptała i skinęła różdźką i czar się spełnił. Od tej pory Dżepeto nigdy nie był samotny, a Pinokio juz zawsze zachowywał się tak, jak na prawdziwego chłopca przystało.


+0
Barbara K.

640
48202 Posts
48202
Invite Me as a Friend
Top 25 Poster
RE: Bajki dla dzieci ... poczytaj mi mamo
6/28/2013 7:46:00 PM

CZERWONY KAPTUREK

Snuj się, snuj, bajeczko!
A było tak: niedaleczko, Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką.
Córeczka, chociaż mała, swej matce pomagała:
Zamiatała podłogę, pełła grządki ubogie,
Chrust zbierała też czasem, bo mieszkały pod lasem,
Niosła proso dla kurek… A zwała się, – Czerwony Kapturek. Widziano ją bowiem nierzadko, jak krząta się przed chatką,
W ogródku i na podwórku – w czerwonym kapturku.
Tak się zwała, jak się zwała, często w niebo spoglądała,
W modre niebo, kędy ptaki szybowały pośród chmurek.
Teraz wiecie, kto to taki, Czerwony Kapturek.
Czerwony Kapturek: „Nie Mruczek, nie Burek, nie jeż, nie ptak -
Czerwony Kapturek – to ja zwę się tak.
Mam warkoczyk, modre oczy,
Buzię mam jak mak.
Nie Mruczek, nie Burek
Nie jeż, nie ptak – Czerwony Kapturek
To ja zwę się tak.
W tej chatce, przy mamie Mój cały świat,
nie psocę, nie kłamię, A mam siedem lat.
Nie znam troski, Śpiewam piosnki, kocham każdy kwiat.
Pobiegnę na wzgórek, a las mi gra,
Czerwony Kapturek To ja, właśnie ja!”
W lesie, stąd chyba z milę, a może nawet nie tyle,
Mieszkała babcia Czerwonego Kapturka.
Zbierała lecznicze zioła rosnące dookoła,
Miała oswojonego dzięcioła, i jeża, i wiewiórkę,
A bardzo się kochały z Czerwonym Kapturkiem.
Pewnego ranka matka rzekła do Czerwonego Kapturka:
„Był gajowy u mnie z wieczora,
przyniósł wieści, że babcia jest chora.
Trzeba szybko jej zanieść lekarstwa.
Ja nie mogę zostawić gospodarstwa,
Muszę kota napioć, Muszę kozę wydoić,
I przegotować mleko, I nakwasić ogórków…
To przecież niedaleko,
skocz do babci, Czerwony Kapturku.
W tym koszyczku jest masło i serek,
i leków różnych szereg:
tabletki aspiryny i suszone maliny,
Proszki od bólu głowy i olej rycynowy,
Kwas borny do płukania i maść do nacierania.
Nie trać, córeczko, czasu, leć do babci, do lasu.
Idź prosto, jak ta ścieżka, nie zbaczaj tylko z drogi,
Bo tam w borze wilk mieszka, Wilk okrutny i srogi!
Słuchaj mojej przestrogi.”
Biegnie Czerwony Kapturek, jak przykazała matka,
Nie zbiera ptasich piórek, nie zrywa nawet kwiatka.
Tu strumień, tam pagórek, a w środku ścieżka gładka.
Biegnie Czerwony Kapturek, tak jak prowadzi dróżka.
Na drzewie jemiołuszka śpiewa głosikiem cienkim
Swoje leśne piosenki.
Gil, siedząc na jednej z osik,
też pragnął zaśpiewać cosik
I dźwięczny wytężył głosik.
Gil:
„Piu-piu! Fiu-fiu! Tu gil! Tu-tu, tu-tu, tryl-tryl!
Czerwony Kaptur-tur-tur,uważaj, tu bór, tu bór,
Tu bór, tu las, tu lis. Lis by cię chętnie zgryzł,
I lis, i każdy zwierz. Śpiesz się, dziewczynko, śpiesz!
Piu-piu! Fiu-fiu! Tryl-tryl! Tu-tu, tu-tu, tu gil!”
Wtem, kiedy śpiew gila zmilkł,
Zatrzeszczał w pobliżu krzak,
Wilczych jagód zatrzeszczał krzak,
I zza krzaka wychylił się wilk,
I odezwał się basem tak:
„Witam cię, mój prześliczny Czerwony Kapturku,
Nie bój się moich ząbków i moich pazurków.
Oczernili mnie ludzie przed tobą,
A ja jestem niewinną osobą,
Ja wywodzę się z takich wilków,
Co nie krzywdzą nawet motylków.
Ja mięsa po prostu nie trawię,
Poprzestaję na jagodach i trawie.
A co ludzie mówią – to plotki.
Chcesz, dziewczynko, to się z tobą pobawię?
Może w kotki, a może w łaskotki
Czy w kosi-kosi-łapci?
Czerwony Kapturek:
„Panie wilku, ja idę do babci,
Babcia chora i czeka od rana…”
Wilk:
„A gdzie mieszka babunia kochana?”
Czerwony Kapturek:
„Za polaną, przy siódmym pagórku…”
Wilk:
„No to śpiesz się, Czerwony Kapturku.”
Czerwony Kapturek:
„Babcia czeka od godzin już kilku.
Muszę lecieć, pa-pa, panie wilku!”
Biegnie Czerwony Kapturek,
biegnie prosto przed siebie,
Nie ogląda jaszczurek ani chmurek na niebie,
Nóżkami szybko drepce do babci, co w izdebce
Na przyjście wnuczki czeka.
Wilk spoglądał z daleka, postał jeszcze z minutę
I popędził na przełaj, skrótem.
Popędził przez ostępy, Złowrogi i podstępny,
Mknął szybko borem-lasem,
Tak podśpiewując basem:
Wilk:
„W las dam nurka i Kapturka sprytnie zmylę.
W mą pułapkę złapię babkę już za chwilę.
Gdy w brzuchu burczy, dostaję kurczy
I jem wszystko, że aż furczy,
Taki ze mnie wilk!
Moim wrogom dzisiaj srogą dam nauczkę,
Bo mam chrapkę i na babkę,i na wnuczkę.
Gdy w brzuchu burczy, dostaję kurczy
I jem wszystko, że aż furczy,
Taki ze mnie wilk!
Zaszumiały drzewa żałośnie,
Zatrzęsły się dębowe żołedzie,
Zaterkotał derkacz na sośnie:
„Co to będzie, ojej, co to będzie?
Co to będzie, Czerwony Kapturku?!”
A wilk stanął przy siódmym pagórku,
Podwinął pod siebie ogon,
Rozejrzał się, czy nie ma nikogo,
I do babci w okienko zapukał,
Po czym schował się szybko za murek.
Babcia:
„Kto to puka? I czego tu szuka?”
Wilk:
„To ja, babciu, Czerwony Kapturek.
Borem-lasem przybiegłam tu sama,
Z lekarstwami przysyła mnie mama.”
Babcia:
„Jakiś dziwny masz głos…”
Wilk:
„Bo mam chrypkę…”
Babcia:
„Jakiś dziwny masz głos…”
„Nie zdążyłam cię dojrzeć przez szybkę,
Chodź do okna…”
Wilk:
„Niestety nie mogę, Bo po drodze zraniłam się w nogę,
Ledwo stoję… Ach, wpuść, babciu miła!”
No, i babcia drzwi otworzyła.
Możecie sobie, moi drodzy,
wyobrazić, co się wtedy stało!
By opisać to – słów jest za mało,
Przerażenie zaciska wprost gardło.
Powiem krótko: wilczysko się wdarło
I ryknęło:
„Mam chrapkę na babkę!
Gdy w brzuchu burczy,
Dostaję kurczy i jem wszystko, że aż furczy!”
To rzekłszy wilk połknął staruszkę,
Tak jak wróbel połyka muszkę.
Ale kiszki wciąż grały mu marsza,
Bowiem babcia, osoba starsza,
Była koścista i chuda,
Więc mu obiad nie bardzo się udał.
Wilk:
„brzuch mam pusty po takiej potrawie.
Przyjdzie wnuczka, to sobie poprawię.
Ale zanim ten ptaszek tu sfrunie,
Przeobrazić się muszę w babunię.
Włożę czepek staruszki na głowę,
Gdzie piżama? Jest! Proszę… Gotowe!
Teraz – hops! – pod pierzynę do łóżka…
O, lusterko! No tak… jeszcze chwilka!
Wykapana babunia-staruszka,
Niepodobna zupełnie do wilka.
Schowam łapę, bo widać pazurek.
Idzie!… Idzie Czerwony Kapturek!”
Czerwony Kapturek:
„Pobiegnę na wzgórek, A las mi gra,
Czerwony Kapturek to ja, właśnie ja…
O, już chatka babuni! Co też dzieje się u niej?
Ucieszy się, gdy zobaczy Czerwonego Kapturka!
A to co? Na dachu wiewiórka…
Rzuca we mnie orzechy…
Może właśnie z uciechy?
Nie. Złości się jak jędza.
Po prostu mnie odpędza.
Wiewiórko, cóż to znaczy?
Witałaś mnie dawniej inaczej.
Powiem babci, dostaniesz burę…”
Wilk:
„Kto tam?”
Czerwony Kapturek:
„Ja, Czerwony Kapturek.
Borem-lasem przybiegłam tu sama,
Z lekarstwami przysyła mnie mama.”
Wilk:
„Wejdź, kochanie…”
Czerwony Kapturek:
„Już idę, już lecę…
Babciu, może zapalić świecę?”
Wilk:
„Nie, ja wolę, kiedy jest ciemno.
Chodź, Kapturku, przywitaj się ze mną.”
Czerwony Kapturek:
„Babciu, taki dziwny masz głos.
Dlaczego mówisz przez nos?”
Wilk:
„Jesteś głupia… Ugryzła mnie osa…
A zresztą… nie wtrącaj się do mego nosa.”
Czerwony Kapturek:
„Babciu, dlaczego jesteś taka zła?”
Wilk:
„Boś za długo do mnie szła,
Zresztą… nie pytaj już więcej…”
Czerwony Kapturek:
„Babciu, a gdzie twoje ręce?”
Wilk:
„Pod pierzyną, bo mi marzną na zimnie,
Przestań pytać i usiądź tu przy mnie.”
Czerwony Kapturek:
„Babciu… ja trochę się boję,
Bo te zęby są jakieś nie twoje…”
Wilk:
„Dobre są każde zęby, które prowadzą do gęby,
A że jeść tymi zębami wygodnie,Zaraz ci udowodnię!”
To rzekłszy wilk połknął dziewuszkę,
Tak jak wróbel połyka muszkę.
Oblizał się, jęzorem mlasnął,
Wlazł pod pierzynę i zasnął,
Nie troszcząc się więcej o nic.
Ale to, moi drodzy, nie koniec.
O, nie! Bo właśnie z dąbrowy
Szedł w tamte strony gajowy.
Posłuchał, co gil wyśpiewał,
Posłuchał, co szumią drzewa,
Potem jeszcze przybiegła wiewiórka…
I tak się dowiedział o losie Czerwonego Kapturka.
Gajowy:
„Przez lasy, przez dąbrowy wędruje gajowy,
Na trąbce w lesie gra i gra,
A echo niesie tra-ra-ra!
Ma broń nabitą w dłoni, ta broń go obroni,
Niestraszny mu jest niedźwiedź zły,
Niestraszne mu są wilcze kły!
„Przez lasy, przez dąbrowy wędruje gajowy,
Na trąbce w lesie gra i gra,
A echo niesie tra-ra-ra!
Galowy idzie, wydłuża krok,
Bo już dokoła zapada mrok,
I głos puchacza leci przez knieję.
W oddali chatka babci widnieje.
Idzie gajowy, patrzy przez szybkę…
O, tu potrzebne działanie szybkie!
Wchodzi do środka, zapałką świeci!
I cóż zobaczył? Zgadnijcie, dzieci!
Wilk pod pierzyną spokojnie chrapie,
Trzyma czerwoną czapkę w łapie,
A brzuch ma taki pękaty,
Że zajmuje nieomal pół chaty.
Galowy mu do gardła przystawił dwururkę.
Gajowy:
„Hej, wilku bury! Łapy do góry!
Coś zrobił z babcią i Czerwonym Kapturkiem?
Oddawaj je, bo ci szyję Kulami przeszyję!”
Wilk:
„Ojej! Po co tyle hałasu?
Zapomniałem wrócić do lasu,
Zaspałem, bo myślałem, że to niedziela.
Błagam, niech pan nie strzela,
Litości, panie gajowy!”
Gajowy:
„O lirości nie ma mowy!
Będziesz miał, wilku, nauczkę!
Oddawaj tu babcię i wnuczkę!
Liczę do trzech, a potem…”
Wilk:
„Już je oddaję z powrotem,
tylko niech pan tę lufę odsunie…
Muszę się wytężyć maluczko…
Eech… Eech… Uuch… Masz pan babunię…
Uuch… Eech… Uuch… Razem z wnuczką!”
I wyobraźcie sobie,
Że z paszczy wyskoczyły mu obie,
Nienaruszone, a przy tym
W stanie całkiem przyzwoitym.
Babcia nawet uzdrowiona.
Czerwonego Kapturka chwyciła w ramiona
I tak się całowały, ściskały, cieszyły,
Że odzyskały zaraz i humor, i siły.
Potem się gajowemu rzuciły na szyję.
Babcia i Czerwony Kapturek:
„Niech nam pan gajowy żyje sto lat albo i więcej!”
Babcia:
„Cóż my możemy dać panu w podzięce?
Chyba ten kapturek z czerwonej włóczki
Na pamiątkę od mojej wnuczki.”
Czerwony Kapturek:
„Świetnie! Niech go pan przymierzy!
Nawet całkiem dobrze leży,
Trochę jest może zbyt kusy…”
Babcia:
„Dodaj więc do kapturka jeszcze dwa całusy.”
Gajowy był w siódmym niebie.
Okręcił babcię dookoła siebie,
Uściskał się z Czerwonym Kapturkiem,
A wilka związał bardzo mocnym sznurkiem
I zawiózł od razu prosto do Warszawy.
Oto jest koniec bajki. I koniec zabawy.
A wiecie, co z wilkiem się dzieje?
Wilk pożegnać musiał knieję
I zamieszkał w warszawskim zoo,
Gdzie mu niezbyt wesoło,
Toteż jest na wszystkich zły
I przez kraty szczerzy kły.
Nie podchodźcie do klatki za blisko,
Bo to bardzo niedobre wilczysko.
A teraz już, dzieci, koniec.
Nie pytajcie mnie więcej o nic,
Bo gdybym coś więcej wiedział,
Tobym wam sam opowiedział.

* http://www.patrycjapoplawska.republika.pl/

+0
Barbara K.

640
48202 Posts
48202
Invite Me as a Friend
Top 25 Poster
RE: Bajki dla dzieci ... poczytaj mi mamo
6/28/2013 7:47:01 PM

O rybaku

Mieszkał sobie w wiosce jeden rybak. I pojechał na połów ryb, założył sieci i złapał jedną rybkę, założył drugi raz i złapał drugą rybkę, założył trzeci raz i złapał trzecią rybkę. Tak złapał do trzech razy. I kiedy chciał puścić trzecią rybkę w wodę, rybka mówi do niego:
- A weź mnie, weź mnie, na trzy części rozetnij i daj pierwsze dzwonko żonie, a drugie szkapie, a trzecie suce, a ze mnie kości wszystkie weź i schowaj w ziemi.
Wtem kobieta jego została brzemienna, tak samo kobyła, tak samo i suka. Kobieta urodziła dwóch synów, bliźnięta, i tak samo kobyła oźrebiła się, i miała dwa źrebaki; oszczeniła się i suka, i miała dwa pieski – wszystko po parze. I tak rośli wszyscy razem aż do tych lat, w których czas im było wyjeżdżać na wojnę.

Dopiero ojciec z matką rozpaczali! Ale oni rodziców nie słuchali i uzbroili się w broń, która im wyrosła z tych kości, co je ojciec pochował pod ścianą, i ruszyli w drogę. Matka im tylko to jeszcze powiedziała:
- Macie butelkę wody i gdzie się będziecie rozjeżdżać, tę wodę pod jakie drzewo schowajcie na rozstajnych drogach, a gdy który wróci do wody, a zastanie krew, to już drugi zginął.
I tak się rozjechali. Jeden udał się w lewo, drugi w prawo.
Ten, co się udał w prawo, przyjechał do pałacu, co w nim smok przeszkadzał. Królewna jedynaczka miała iść temu smokowi na pożarcie.
- Ja pójdę na miejsce królewny i smoka zwojuję – mówi.
Stanął przy norze, skąd smok siedem łbów mający, wychodził i wszystkie siedem pościnał. Król mówi mu:
- Ode mnie już nie odjedziesz, tylko córkę moją weźmiesz za żonę.
I tak się ożenił. Razu pewnego, w nocy, zaczęło się okropnie błyskać nad morzem czerwonym.

- Co tam takiego, co tak błyszczy – pyta, a żona mówi:
- Chcesz tam jechać? Jeślibyś pojechał, to już byś nie powrócił.
On wstał rano, nie słuchał żony i wsiadł na konia, wziął to uzbrojenie, w które był przystrojony, wziął konika i pieska ze sobą, i udał się w tamte strony.
Przyjechał do morza, gdzie leżały dwie szczapy drew. Zdjął z siebie pasek, te dwie szczapy związał, wprowadził konika i pieska, i tak się przewiózł za morze. I przybył do zamku zaklętego i wszedł, a nie widział żadnego człeka, tylko kamienie.
Wychodzi do niego baba. Piesek skacze na nią, a ona mówi:
- Paniczu, weź różdżkę ode mnie, a uderz tego pieska, bo mnie skaleczy
Skoro wziął tę różdżkę i uderzył pieska, ten stał się kamieniem i koń kamieniem, i on sam kamieniem. Żona jego kazała swój zamek ciężką żałobą okryć, bo straciła męża.
Przyjeżdża brat jego do wody, którą schowali, i ogląda. Zobaczył krew i udał się w tę stronę, gdzie brat jego pojechał.
I przyjeżdża do tego zamku, gdzie brat jego wprzódy przyjechał, i widzi żałobę.
- Dlaczego ten zamek tak przykryty? – pyta.
A królewna powiada:
- Ja myślałam, żeś zginął!
I szybko kazała to obedrzeć. Cieszyła się, że mąż powrócił, a on to wszystko udawał, bo chciał się dowiedzieć, jak brat jego tu zginął. Tak samo położył się z nią spać, lecz wyjął miecz z pochwy i położył w środek pomiędzy nich, bo wiedział dobrze, że to nie jego żona. Wtem, ujrzał błyskanie za morzem czerwonym.
- A co tam takiego tak błyszczy? – pyta ją.
- A, toś ty tam nie był? To ty nie wiesz? – odpowiedziała.
I tak się dowiedział, że brat jego tutaj nie zginął.
Rano, skoro tylko wstał, udał się tak samo w podróż, wziąwszy z sobą konika i pieska, i to samo uzbrojenie, w które był przystrojony. I przybył tak samo do morza, gdzie były dwie szczapy drew. Zdjął z siebie pasek, te dwie szczapy związał, wprowadził konika i pieska, i tak się przewiózł za morze.
I przybył do zamku zaklętego, i wszedł, a nie widział żadnego człeka, tylko kamienie. „Zapewne tu mój brat zginął, bo jest koń i pies tak jakby ten sam”, myślał sobie. Wtem go złość tęga opanowała, wyrwał miecz z pochwy i powiedział:
- Muszę znaleźć tego człeka, co tyle ludzi potracił!
I wpadł pomiędzy gmachy pałacu, wodząc pieska przy sobie. A piesek zaczął okropnie szczekać. Wychodzi baba do niego i mówi:
- Weź ode mnie różdżkę i uderz tego pieska, bo mnie skaleczy.
A on na to:
- Tyś tutaj mego brata straciła, to i mnie chcesz stracić! Już ty ręce mojej nie ujdziesz!
I szczuje pieskiem babę, a ta mówi:
- Paniczu, mam ja tu wodę, którą polejesz brata i on wstanie.
- Ty mnie zdradzić chcesz, jak mego brata zdradziłaś – on mówi. – Polej ty sama!
- Moja ręka nic nie będzie znaczyć, jak ja poleję – baba na to.
Więc się udał na dwór i przyniósł dwa kije. Kazał babie wsadzić między te kije butelkę i polał najpierw brata, który wstał i powiedział:
- A tom się wyspał, wyspał.
- Spałeś na wieki – brat mówi do niego.
I chodzili obaj bracia, i kamienie polewali, i dużo ludzi z tych kamieni ożywiali, i całe miasto obok zamku zaklętego poczęło się ożywiać. Oni zaś powrócili do zamku i spostrzegł brat jeden, że na łóżku leży ładny kamyczek, i pokropił go wodą. Wtem wstaje królewna tego zamku i powiada:
- A tom się wyspała, wyspała.
- Spałaś, królewno, na wieki – mówi on.
- Już ja teraz będę twoją żoną i twoje będzie to królestwo.
- Powrócę do ciebie, ale pojadę pierwej do swych rodziców po błogosławieństwo – odrzekł i obaj pojechali.
I mówi brat jeden do drugiego:
- Pierwszej nocy, nim tu przyjechałem, spałem z twoją żoną.
- Spałeś? – on odpowiada i wyrywa miecz z pochwy, i ucina głowę bratu swojemu.
I udał się do żony swojej, a nie wiedział o niczym, aż się położył z nią spać, a ona mówi:
- A coś ty miał za grymas, żeś wyjął miecz i między nas w środek położył?
Myśli on: „To mój brat spał z moją żoną, ale sprawiedliwie”. Szybko wstał i pomyślał sobie, że ma wodę, którą mu głowę poleje, to on wstanie. I przyjechał do brata, polał oną wodą. Brat powstał i przeprosili się.
I tak obydwaj powrócili do żony jego. Nie chciał brat drugi bawić tam, tylko do rodziców powrócił, którzy mu dali błogosławieństwo. Udał się do zamku swojego i poślubił oną królewnę, którą ożywił, i całe miasto było mu wdzięczne. A rodziców wziął do siebie i chował ich aż do śmierci.

+0
Barbara K.

640
48202 Posts
48202
Invite Me as a Friend
Top 25 Poster
RE: Bajki dla dzieci ... poczytaj mi mamo
6/28/2013 7:48:06 PM

O kogucie

Jedna baba, uboga żebraczka, chodziła po proszonym chlebie od chaty do chaty. Odprawiano ją zwykle z niczym mówiąc: „Niech Pan Bóg opatrzy”. Ale jedna litościwa kobieta, sama niebogata, dała jej ziarnko grochu, gdy nie mogła dać nic lepszego.
Żebraczka, odebrawszy to ziarnko grochu, zasadziła je w ziemię i czekała wiosny i lata. A tu z ziarnka wyrosły strączki i wiły się po tyczce w górę, wiły się coraz wyżej i wyżej, aż nareszcie dosięgły samego nieba. Baba, ciekawa, jak też to tam jest w niebie, schwyciła się wijącej latorośli i czepiając się rękami kruchych gałązek, drapała się po nich coraz wyżej a wyżej, aż nareszcie doszła do nieba. W niebie zobaczyła świętego Piotra i pokłoniła mu się. A święty Piotr dał jej jajko i złoty kubek, przeżegnał ją i kazał na świat wrócić, mówiąc, że z kubka będzie miała napoju, ile tylko zechce i jakiego zechce.
Gdy się znów na powrót po tyczce i gałązkach grochu spuściła na dół – trzymając jajko pod ciepłą pachą, dostrzegła, że już z niego wylągł się śliczny kogut, który zaraz babce powiedział: „Dzień dobry” i w chacie jej krzepko się uwijać począł i ludzi do roboty budził. A kubek, ile razy tego zażądała, napełniał się do wierzchu mlekiem, winem, wódką, piwem lub innym trunkiem. Oczywiście, że bardzo jej z tym było dogodnie, Bogu też za to dziękowała, a trunków nie nadużywała.
Dowiedziała się jednak wkrótce o tym cudownym kubku wieś cała; dowiedział się o nim i sam pan dziedzic. Posłał więc swego lokaja, ażeby babę z kubkiem do pana zaprosić. Ale ostrożna babula nie dała się w pole wywieść i iść nie chciała. Więc pan zalecił lokajowi użyć fortelu i kubek wykraść.
Jakoż razu jednego, wpadł lokaj do chałupy baby z nagłym okrzykiem:
- Pali się we wsi, gore, gore! – i zniknął niby, ukrywszy się za drzwi.
Przestraszona baba wyleciała z chałupy, gdy słońce zachodzące ognistą na świat rzucało łunę, a zobaczywszy, że pożaru nie ma, wróciła. Ale już kubka w izbie nie zastała. Porwał go bowiem podczas jej niebytności lokaj i do pana zaniósł.
Pan, przekonawszy się wkrótce potem o obfitości cudownego kubka, sprosił wszystkich sąsiadów i wielu innych gości na ucztę do siebie i częstował ich z owego kubka, czym kto się chciał posilić, a było tam i szampańskie wino, i arak Jamajka, i inne rzadkie trunki. Goście cieszyli się wszyscy a pili.

Wtem, gdy sobie już dużo tego picia pozwolili, odzywa się nagle trzykrotnie za oknem kogut, który chcąc babce dopomóc, zapowiedział jej, że pójdzie po ten kubek i odzyska go:
– Kikiryku, kikiryku! Pijecie nie z pańskiego, ale ze skradzionego babce kubka!
Rozgniewany pan kazał koguta natychmiast schwytać i wrzucić w głęboką studnię na podwórzu. Tutaj ów kogut w wodzie jak zaczął pić a pić wodę, tak calutką wodę wypił, aż w studni zrobiło się sucho i przyleciał znowu pod okno i zaczyna krzyczeć:
- Kikiryku, kikiryku, ze skradzionego babce kubka!
Zdziwiony tym i rozgniewany pan każe powtórnie łapać koguta i wrzucić go w rozpalony piec, gdzie buchały płomienie. Ale kogut wkrótce cały ten ogień zalał, wypuściwszy z siebie wszystką ze studni wypitą wodę, połknął wszystek dym w siebie, i znowu poleciał pod okno i wrzeszczeć począł o skradzionym kubku.
Zniecierpliwiony pan znowu go kazał schwytać i wrzucić do stajni między bystre konie, żeby go roztratowały. Ale tu kogut, jak zaczął z siebie wypuszczać połknięty dym, tak wszystkie konie zaczadził, i wszystkie się podusiły. Pan, widząc tak wielką szkodę, kazał znów koguta schwytać, oskubać, upiec go na rożnie i wreszcie zjadł go.

Aż tu nagle w brzuchu jego odzywa się znowu ów kogut:
- Kikiryku! Ze skradzionego kubka! – A głos ten bezustannie się powtarza i nie ma sposobu go zagłuszyć, a co pan się z kubka chce napić, to wszystko na powrót oddać musi, bo kogut tego do żołądka nie dopuszcza, a wciąż swoje wrzeszczy. W końcu poradził panu doktor wziąć lekarstwo na wymioty i koguta na powrót przez gardło wyrzucić. Gdy zatem oddał koguta, ten wyskoczył jak wprzódy, żywy i zdrów, mówiąc, że nie da panu pokoju, dopóki kubka nie zwróci babce. I nie mógł pan z nim sobie poradzić, więc kubek sam babce odniósł i przeprosił ją.

+0


My Links

Search for People

Enter part of a name below to search our members.

Advanced